Ostatnio ostro się rozpisałam, dzisiaj będzie krócej :)
Ostatni tydzień przyniósł ze sobą niespodziewane posunięcia integracyjne między mną a moimi współlokatorami. Ku wiadomości: mieszkam z Włoszką, Finką i Amerykaninem (do czego bardzo często dochodzi chłopak tego ostatniego, Meksykanin). Do tej pory ograniczaliśmy się do small-talks, typu "ale dzisiaj zimno", albo "wow, robisz placek, a jaki?".
Jednak w poniedziałek jakoś tak się złożyło, że wszyscy znaleźliśmy się w kuchni i po prostu zaczęliśmy rozmawiać. I kontynuowaliśmy ponad godzinę! Najciekawsza jest transformacja Finki - na początku wydawała mi się straszną zimną rybą, bez życia i ogólnie ciągle narzekającą. Zaskakująco, od paru dni stała się bardzo rozmowna, ma fazę na romantyzm i ciągle gada o tym, że ma potrzebę romantycznych uniesień. OK, na dłuższą metę to może być irytujące, ale takie otwarcie to i tak duży postęp. We wtorek z kolei Pan z kraju na A. z Panem z kraju na M. zaproponowali mi wino - skorzystałam, a jakże ;) No i sprowokowało to także miłą pogawędkę. Tak samo w środę - tym razem Włoszka poczęstowała mnie zupą cebulową (była przepyszna, muszę też taką zrobić) i winem.
Kurczak, pierwszy raz w życiu mam okazję dzielić mieszkanie z innymi ludźmi i chociaż moi rodzice zawsze mówili mi, że nie mogłabym mieszkać z innymi bo jestem jedynaczką, to całkiem podoba mi się to, że zawsze mogę do kogoś zagadać na żywo. Wniosek - nie słuchać rodziców...
Okej, miało być krótko więc teraz przepis. To danie jest czymś pomiędzy omletem a naleśnikiem, smakuje raczej jak omlet, ale dodałam do jajka trochę mąki i mleka, więc konsystencja jest bardziej ciastowa. A dorzucenie oliwek bylo posunięciem bardzo zmyślnym! Co do nadzienia - sos byłby pewnie lepszy z puree pomidorowego, bo koncentrat jest hmm... zbyt skoncentrowany ;)
-------------------------omleto-naleśnik z nadzieniem z fasoli i papryki---------------------
1 jajko
2 łyżki mąki
2 łyżki mleka
parę oliwek
1 małą cebula
parę łyżek czerwonej fasoli z puszki, osączonej
pół papryki
pomidor
1-2 łyżki koncentratu pomidorowego
oregano, papryka, sól, pieprz
2 łyżeczki oliwy
W kubku roztrzepałam jajko z mąką i mlekiem, dorzuciłam pokrojone oliwki, zioła i łyżeczkę oliwy. Odstawiłam. Pokroiłam cebulę, paprykę i pomidora. Na rozgrzaną oliwę najpierw dodałam cebulę, potem pomidory i paprykę, na końcu koncentrat pomidorowy i łyżkę wody do tego. Zostawiłam na średnim gazie i zajęłam się omletem. Na rozgrzaną patelnię wylalam ciasto, smażyłam parę chwil, a gdy spód był już usmażony - przewróciłam i smażyłam jeszcze trochę. Na talerzu nadziałam sosem.
Studia od kuchni
piątek, 2 grudnia 2011
wtorek, 29 listopada 2011
orzechowy ryż z fasolą i pieczarkami
W dalszym ciągu myślę. Co więcej, wprowadzam w życie wynik moich przemyśleń. To ciekawe, bo zawsze wiedziałam, że powinnam coś zrobić, ale na tym się kończyło. Może to efekt okoliczności przyrody w jakich teraz się znajduję działa na mnie bardziej motywująco - widzę na własne oczy, że w życiu można osiągnąć naprawdę sporo.
A te moje przemyślenia kręcą się wokół tego, że życie to nie próba generalna czy prowizorka. Ani nie same wielkie, ekscytujące wydarzenia. Że bez sensu jest zamulać całe dnie w oczekiwaniu na coś, co będzie trwało tylko chwilę, np. wakacje. Mówić: "OK, to nie ważne jak teraz żyję, czy codzienność mi sprawia przyjemność czy nie, bo za jakiś czas odrobię sobie wszystko odrobię". Bo co jak się nie doczekamy tego "perfect day"? Zresztą, jak głosi stara prawda, bez pracy nie ma kołaczy! Przykład, dość prozaiczny: jakiś czas temu okropnie przesuszyłam sobie pięty (mówiłam, będzie prozaicznie ;p ). Irytowało mnie to, że są takie szorstkie, no ale zawsze powtarzałam sobie "dobra, teraz i tak nie będę ich pokazywać to niech sobie takie będą, kiedyś tam się tym zajmę". No i skończyło się na tym, że zrobiła mi się dziura w skarpecie przez tę skamieniałość! Czy warto było tak się ociągać? Posmarowanie stóp kremem trwa minutę, ale wolałam żyć z irytującą świadomością o tym zaniedbaniu.
Przykłady można mnożyć: kiedy mam do napisania jakąś pracę niby mogłabym za to się zabrać od ręki, ale mi się nie chce. Więc w czasie, który mogłabym poświęcić na coś produktywnego, nie robię nic konkretnego (=siedzę na fejsie), a na dodatek nie mam spokoju bo wiem że prędzej czy później będę musiała zrobić to co muszę.
Tak samo jest zresztą z jedzeniem, to całe mówienie sobie "oj tam, oj tam, jak zjem jedno ciastko to nic nie będzie, od jutra koniec z tym"... A właśnie że będzie!
Prowizorka mnie męczy. Znowu nawiążę do tych pięt i skarpet - dziura zrobiła się też przez to, że skarpety były liche. Kupiłam je (8 par w wielopaku), bo nie chciałam wydawać za dużo na taką, wydawać by się mogło, nieistotną rzecz. No i teraz zostałam z 8 parami bylejakich skarpet, które wkrótce całkiem się rozlecą - a mogłam za taką samą kwotę kupić 3 pary lepszej jakości, które posłużyłyby mi dużo dłużej. Czyli jednak takie szczegóły też są ważne! W Szwajcarii zresztą tym bardziej. Skoro wszystko tu jest takie drogie, to wolę nawet i wydać jeszcze więcej, ale mieć coś co mi odpowiada, niż wydać tak czy owak sporo, a dostać szit.
Mieć mniej, ale lepszej jakości. Szanować swoje dni i robić z nich dobry użytek. Nie przejmować się innymi. To moje hasła na przyszłość. I niby to wszystko wiedziałam już wcześniej, takie są przecież założenia minimalizmu, ale zawsze było to dla mnie na zasadzie zaleceń z zewnątrz, albo przepisów prawnych. Teraz jednak to wszystko wypływa z moich doświadczeń i nie widzę problemu w realizacji tych haseł.
Okej, to na tyle przemyśleń dziwnej treści :) Wracając do tematu wpisu - mam od paru dni ochotę na orzeszki ziemne. Mają sporo białka, więc uważam że to bardzo słuszna ochota. Dzisiaj doszła do tego ochota na ryż, i to z czosnkiem. I co z tego wyszło? Obiad, po zjedzeniu którego wylizałam talerz ;)
N.B. Tak jak wszystkie inne moje przepisy, i ten jest oparty na improwizacji, można go zatem modyfikować do woli. Nie miałabym np. nic przeciwko zastąpieniu orzeszków pastą satay, którą kocham miłością głęboką <3 Już nie mówiąc o maśle orzechowym, chociaż musiałabym znaleźć takie bez cukru...
-----------------------orzechowy ryż z fasolą i pieczarkami----------------------------
3 łyżki ryżu
3 łyżki fasoli czerwonej z puszki
parę pieczarek pokrojonych na plasterki
garść orzeszków ziemnych (miałam smażone i solone)
szklanka bulionu (znowu z kostki niestety...)
1 łyżka wina/1 łyżka sosu sojowego (to opcjonalnie, dałam bo akurat znalazłam w kuchni)
1 łyżka oliwy
czosnek granulowany (nie lubię bawić się z prawdziwym, zawszę sfajczę przy podsmażaniu)
Rozgrzałam na patelni oliwę, dodałam ryż, a po chwili pieczarki. Posypałam czosnkiem. Podsmażyłam wszystko przez moment, a potem zalałam bulionem. Dodałam wino. Poczekałam, aż ryż wchłonie bulion, a następnie dodałam sos sojowy, fasolę i orzeszki. Wymieszałam, podgrzałam jeszcze trochę.
Mnóstwo pożądanych aminokwasów :)
A te moje przemyślenia kręcą się wokół tego, że życie to nie próba generalna czy prowizorka. Ani nie same wielkie, ekscytujące wydarzenia. Że bez sensu jest zamulać całe dnie w oczekiwaniu na coś, co będzie trwało tylko chwilę, np. wakacje. Mówić: "OK, to nie ważne jak teraz żyję, czy codzienność mi sprawia przyjemność czy nie, bo za jakiś czas odrobię sobie wszystko odrobię". Bo co jak się nie doczekamy tego "perfect day"? Zresztą, jak głosi stara prawda, bez pracy nie ma kołaczy! Przykład, dość prozaiczny: jakiś czas temu okropnie przesuszyłam sobie pięty (mówiłam, będzie prozaicznie ;p ). Irytowało mnie to, że są takie szorstkie, no ale zawsze powtarzałam sobie "dobra, teraz i tak nie będę ich pokazywać to niech sobie takie będą, kiedyś tam się tym zajmę". No i skończyło się na tym, że zrobiła mi się dziura w skarpecie przez tę skamieniałość! Czy warto było tak się ociągać? Posmarowanie stóp kremem trwa minutę, ale wolałam żyć z irytującą świadomością o tym zaniedbaniu.
Przykłady można mnożyć: kiedy mam do napisania jakąś pracę niby mogłabym za to się zabrać od ręki, ale mi się nie chce. Więc w czasie, który mogłabym poświęcić na coś produktywnego, nie robię nic konkretnego (=siedzę na fejsie), a na dodatek nie mam spokoju bo wiem że prędzej czy później będę musiała zrobić to co muszę.
Tak samo jest zresztą z jedzeniem, to całe mówienie sobie "oj tam, oj tam, jak zjem jedno ciastko to nic nie będzie, od jutra koniec z tym"... A właśnie że będzie!
Prowizorka mnie męczy. Znowu nawiążę do tych pięt i skarpet - dziura zrobiła się też przez to, że skarpety były liche. Kupiłam je (8 par w wielopaku), bo nie chciałam wydawać za dużo na taką, wydawać by się mogło, nieistotną rzecz. No i teraz zostałam z 8 parami bylejakich skarpet, które wkrótce całkiem się rozlecą - a mogłam za taką samą kwotę kupić 3 pary lepszej jakości, które posłużyłyby mi dużo dłużej. Czyli jednak takie szczegóły też są ważne! W Szwajcarii zresztą tym bardziej. Skoro wszystko tu jest takie drogie, to wolę nawet i wydać jeszcze więcej, ale mieć coś co mi odpowiada, niż wydać tak czy owak sporo, a dostać szit.
Mieć mniej, ale lepszej jakości. Szanować swoje dni i robić z nich dobry użytek. Nie przejmować się innymi. To moje hasła na przyszłość. I niby to wszystko wiedziałam już wcześniej, takie są przecież założenia minimalizmu, ale zawsze było to dla mnie na zasadzie zaleceń z zewnątrz, albo przepisów prawnych. Teraz jednak to wszystko wypływa z moich doświadczeń i nie widzę problemu w realizacji tych haseł.
Okej, to na tyle przemyśleń dziwnej treści :) Wracając do tematu wpisu - mam od paru dni ochotę na orzeszki ziemne. Mają sporo białka, więc uważam że to bardzo słuszna ochota. Dzisiaj doszła do tego ochota na ryż, i to z czosnkiem. I co z tego wyszło? Obiad, po zjedzeniu którego wylizałam talerz ;)
N.B. Tak jak wszystkie inne moje przepisy, i ten jest oparty na improwizacji, można go zatem modyfikować do woli. Nie miałabym np. nic przeciwko zastąpieniu orzeszków pastą satay, którą kocham miłością głęboką <3 Już nie mówiąc o maśle orzechowym, chociaż musiałabym znaleźć takie bez cukru...
-----------------------orzechowy ryż z fasolą i pieczarkami----------------------------
3 łyżki ryżu
3 łyżki fasoli czerwonej z puszki
parę pieczarek pokrojonych na plasterki
garść orzeszków ziemnych (miałam smażone i solone)
szklanka bulionu (znowu z kostki niestety...)
1 łyżka wina/1 łyżka sosu sojowego (to opcjonalnie, dałam bo akurat znalazłam w kuchni)
1 łyżka oliwy
czosnek granulowany (nie lubię bawić się z prawdziwym, zawszę sfajczę przy podsmażaniu)
Rozgrzałam na patelni oliwę, dodałam ryż, a po chwili pieczarki. Posypałam czosnkiem. Podsmażyłam wszystko przez moment, a potem zalałam bulionem. Dodałam wino. Poczekałam, aż ryż wchłonie bulion, a następnie dodałam sos sojowy, fasolę i orzeszki. Wymieszałam, podgrzałam jeszcze trochę.
Mnóstwo pożądanych aminokwasów :)
sobota, 26 listopada 2011
pasztet z soczewicy i marchewki
Oświeciło mnie! W gruncie rzeczy to dość oczywiste - skoro to blog o studiach od kuchni, to fajnie byłoby coś napisać o swoich studiach i ogólnie życiu tu gdzie teraz jestem, w Genewie.
No to, jak mi tu się żyje?
To zależy.
Poziom rozwoju cywilizacyjnego, jakość życia, poziom uniwersytetu - nie mają sobie równych.
Ale z drugiej strony, nie czuję, że w pełni mogę odczuć tę jakość - bo ta jakość niestety, kosztuje!
No i oprócz tego, w odróżnieniu od innych Erasmusów, tutaj TRZEBA SIĘ UCZYĆ. I to dużo. Co więcej, ludzie naprawdę uczą się cały czas, często mam problem ze znalezieniem wolnego miejsca w bibliotece! Może to wynika z tego, że życie nocne w Genewie szału nie robi. OK, jest parę klubów, ale drink w nim potrafi kosztować jakieś 80 zł, no i autobusy jeżdżą w tygodniu tylko do 24...
Ale jak się chce, to i zaimprezować można, o czym świadczy mój wpis z poprzedniej niedzieli ;)
Tak czy siak mam całkiem sporo czasu na gotowanie. Wczoraj chciałam w końcu zużyć resztkę soczewicy, pomyślałam o burgerach. Ale gdy dodałam do niej marchewkę okazało się, że jest jej więcej niż strączków - w przypływie zwątpienia czy z takich proporcji wyjdą kotlety zmieniłam plan, niech będzie pasztet! To była całkowita improwizacja, ale zakończona sukcesem :) Porcja nieduża, bałam się że nie wypełni nawet małej foremki. Dlatego myślę że warto spróbować podwoić ilość składników.
----------------pasztet z soczewicy i marchewki-------------------------------
pół puszki soczewicy (brązowej? zielonej? hm, nawet nie wiem)
2 marchewki
jajko
cebula mała
pół szklanki płatków owsianych
sól, pieprz, wszelakie przyprawy w stylu curry, papryka, czosnek
2 łyżki oleju
parę łyżek pestek słonecznika
masło i mąka do foremki
Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni. Do soczewicy w misce dodałam startą marchewkę, posiekaną cebulę i jajko. Zblenderowałam wszystko na masę. Wsypałam płatki, słonecznik i wszystkie przyprawy jakie znalazłam a uznałam że mogą pasować (podczas pieczenia stają się mniej intensywne, więc trzeba dodać całkiem sporo).Dodałam olej i wymieszałam wszystko. Masę przełożyłam do formy keksowej wysmarowanej masłem i obsypaną mąką (nie mam bułki tartej). Wstawiłam do piecyka na ok. 45 min.
Dzisiaj zjadłam na śniadanie z czarnym chlebem, a przed chwilą na obiad z pieczonymi ziemniakami i papryką + surówką z marchwi z sezamem i serkiem naturalnym. Czyli - było dobrze ;)
P.S. Nie lubię zdrabniać (trafia mnie jak słyszę: "będę winna pani grosiczka, może być?"), ale uwielbiam słowo "piecyk". To takie ciepłe i sympatyczne słowo :)
P.S. 2. Właśnie puściłam sobie pierwszy raz w tym roku Last Christmas...
No to, jak mi tu się żyje?
To zależy.
Poziom rozwoju cywilizacyjnego, jakość życia, poziom uniwersytetu - nie mają sobie równych.
Ale z drugiej strony, nie czuję, że w pełni mogę odczuć tę jakość - bo ta jakość niestety, kosztuje!
No i oprócz tego, w odróżnieniu od innych Erasmusów, tutaj TRZEBA SIĘ UCZYĆ. I to dużo. Co więcej, ludzie naprawdę uczą się cały czas, często mam problem ze znalezieniem wolnego miejsca w bibliotece! Może to wynika z tego, że życie nocne w Genewie szału nie robi. OK, jest parę klubów, ale drink w nim potrafi kosztować jakieś 80 zł, no i autobusy jeżdżą w tygodniu tylko do 24...
Ale jak się chce, to i zaimprezować można, o czym świadczy mój wpis z poprzedniej niedzieli ;)
Tak czy siak mam całkiem sporo czasu na gotowanie. Wczoraj chciałam w końcu zużyć resztkę soczewicy, pomyślałam o burgerach. Ale gdy dodałam do niej marchewkę okazało się, że jest jej więcej niż strączków - w przypływie zwątpienia czy z takich proporcji wyjdą kotlety zmieniłam plan, niech będzie pasztet! To była całkowita improwizacja, ale zakończona sukcesem :) Porcja nieduża, bałam się że nie wypełni nawet małej foremki. Dlatego myślę że warto spróbować podwoić ilość składników.
----------------pasztet z soczewicy i marchewki-------------------------------
pół puszki soczewicy (brązowej? zielonej? hm, nawet nie wiem)
2 marchewki
jajko
cebula mała
pół szklanki płatków owsianych
sól, pieprz, wszelakie przyprawy w stylu curry, papryka, czosnek
2 łyżki oleju
parę łyżek pestek słonecznika
masło i mąka do foremki
Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni. Do soczewicy w misce dodałam startą marchewkę, posiekaną cebulę i jajko. Zblenderowałam wszystko na masę. Wsypałam płatki, słonecznik i wszystkie przyprawy jakie znalazłam a uznałam że mogą pasować (podczas pieczenia stają się mniej intensywne, więc trzeba dodać całkiem sporo).Dodałam olej i wymieszałam wszystko. Masę przełożyłam do formy keksowej wysmarowanej masłem i obsypaną mąką (nie mam bułki tartej). Wstawiłam do piecyka na ok. 45 min.
Dzisiaj zjadłam na śniadanie z czarnym chlebem, a przed chwilą na obiad z pieczonymi ziemniakami i papryką + surówką z marchwi z sezamem i serkiem naturalnym. Czyli - było dobrze ;)
P.S. Nie lubię zdrabniać (trafia mnie jak słyszę: "będę winna pani grosiczka, może być?"), ale uwielbiam słowo "piecyk". To takie ciepłe i sympatyczne słowo :)
P.S. 2. Właśnie puściłam sobie pierwszy raz w tym roku Last Christmas...
czwartek, 24 listopada 2011
owsianka kakaowo-bananowa
Pod moim ostatnim postem pojawił się komentarz, że oprócz pozbywania się cukru powinnam pomyśleć też o odstawieniu mleka. otóż myślałam o tym nie raz! Od dłuższego czasu unikam już zresztą picia jego dużej ilości na raz. Czytałam o tych wszystkich teoriach, że mleko powoduje paradoksalnie osteoporozę, itp., ale głównym powodem jest to, że po mleku nie czuję się najlepiej. Dokładnie tak jak to opisują - mam wrażenie, że mój żołądek ma problemy z trawieniem.
No i z innej beczki, coś w tym jest, że spożywanie mleka jest jakieś takie nienaturalne... I chociaż lubię jogurty i sery (które trawi się lepiej), to czasem wydaje mi się, że to taka dziwna maź, na dodatek wychładzająca organizm.
Przez długi czas moim typowym śniadaniem były płatki owsiane z bananem i jogurtem, ale ze wszystkich wymienionych wyżej powodów chciałam wyrzucić z tego zestawu jogurt. Próbowałam jeść samą owsiankę z bananem albo np. musem jabłkowym, ale zawsze czegoś mi brakowało.
Jednak parę dni temu zrobiłam coś świetnego. Po spróbowaniu pomyślałam tylko "OMG, jestem domową boginią" ;) I może już ktoś gdzieś wymyślił coś podobnego, ale dla mnie jest to odkrycie cudowne i muszę się nim podzielić!
------------------owsianka kakaowo-banananowa--------------------------
1 banan
3-4 łyżki płatków owsianych
1 łyżka kakao naturalnego
1-2 łyżki orzechów laskowych tartych
przyprawa do piernika
Płatki zalewamy w miseczce wrzątkiem, wody nie za dużo, tylko do poziomu płatków. Kroimy banana na plasterki, prosto do miseczki. Podgrzewamy całość w mikrofalówce przez ok. 2 minuty. Do ciepłych bananów (myślę że od podgrzania robią się słodsze) i płatków dodajemy orzechy, kakao i przyprawę piernikową. Całość rozgniatamy widelcem na masę i mieszamy.
To jest pyszne!!!
Ale niestety, wygląda jak k*pa. Próbowałam zrobić ładne zdjęcie, ale ani wygląd temu nie sprzyjał, ani wczesna pora dnia...
Więc zamiast owsianki, obrazek z ogrodu botanicznego w Genewie :)
No i z innej beczki, coś w tym jest, że spożywanie mleka jest jakieś takie nienaturalne... I chociaż lubię jogurty i sery (które trawi się lepiej), to czasem wydaje mi się, że to taka dziwna maź, na dodatek wychładzająca organizm.
Przez długi czas moim typowym śniadaniem były płatki owsiane z bananem i jogurtem, ale ze wszystkich wymienionych wyżej powodów chciałam wyrzucić z tego zestawu jogurt. Próbowałam jeść samą owsiankę z bananem albo np. musem jabłkowym, ale zawsze czegoś mi brakowało.
Jednak parę dni temu zrobiłam coś świetnego. Po spróbowaniu pomyślałam tylko "OMG, jestem domową boginią" ;) I może już ktoś gdzieś wymyślił coś podobnego, ale dla mnie jest to odkrycie cudowne i muszę się nim podzielić!
------------------owsianka kakaowo-banananowa--------------------------
1 banan
3-4 łyżki płatków owsianych
1 łyżka kakao naturalnego
1-2 łyżki orzechów laskowych tartych
przyprawa do piernika
Płatki zalewamy w miseczce wrzątkiem, wody nie za dużo, tylko do poziomu płatków. Kroimy banana na plasterki, prosto do miseczki. Podgrzewamy całość w mikrofalówce przez ok. 2 minuty. Do ciepłych bananów (myślę że od podgrzania robią się słodsze) i płatków dodajemy orzechy, kakao i przyprawę piernikową. Całość rozgniatamy widelcem na masę i mieszamy.
To jest pyszne!!!
Ale niestety, wygląda jak k*pa. Próbowałam zrobić ładne zdjęcie, ale ani wygląd temu nie sprzyjał, ani wczesna pora dnia...
Więc zamiast owsianki, obrazek z ogrodu botanicznego w Genewie :)
Etykiety:
banany,
comfort food,
czekolada,
małe conieco,
płatki owsiane,
śniadanie
wtorek, 22 listopada 2011
piernikowe placuszki marchewkowe
Podobno ogłoszenie swoich postanowień pomaga w ich realizacji. Dlatego napiszę tu i teraz: nie chcę już jeść okropnych przemysłowych słodyczy! Nie chcę być uzależniona od okropnego cukru! Bo co jak co, ale to oczywiste że cukier nie ma żadnej wartości. Jakiś czas temu (po zjedzeniu ogromnej czekolady) wyobraziłam sobie, że mój organizm potrzebuje różnych składników odżywczych, a ja daję mu co? NIC. Zrobiło mi się smutno. Potem doszły jeszcze wszystkie efekty uboczne zjedzenie takiej kopy cukru - totalne rozbicie, brak energii i senność, ból brzucha, pogorszenie cery. Po prostu, kac.
Później poczytałam trochę więcej o cukrze i jego wpływie na organizm, no i przestraszyłam się jeszcze bardziej. Cukier nie dość, że nic w sobie nie ma, to jeszcze "wypłukuje" dobre składniki odżywcze!
Wtedy powiedziałam sobie STOP. Wóz albo przewóz. Okej, przyjemnie jest zjeść coś słodkiego, ale to przyjemność taka sama jak z paleniem papierosów... I nie ma sensu uzależniać (ha, no właśnie, cukier uzależnia!) swojego samopoczucia od żadnej substancji.
Od tamtego dnia minęły już prawie 3 tygodnie. I o dziwo, nie ciągnie mnie do słodyczy. Przyznaję, na razie nie jestem totalnie rygorystyczna, pozostawiłam sobie możliwość jedzenia dżemów i picia napojów kawowych z automatu. Ale oprócz tego nic, serio. I będzie jeszcze lepiej!
Tymczasowo więc, w okresie przejściowym, szukam słodkich smaków pochodzących z innych źródeł niż sacharoza czy te wszystkie syropy glukozowo-fruktozowe. Moim odkryciem okazała się marchewka - smaczna, zdrowa, no i tania ;) A z dodatkiem przyprawy piernikowej - wręcz cudowna!
--------------piernikowe placuszki marchewkowe-----------------------
1 duża marchewka
1 jajko
pół kubka mleka
pół kubka mąki wymieszanej pół na pół z mielonymi orzechami laskowymi
przyprawa do piernika
łyżka oleju
Z mąki, jajka i mleka robimy ciasto naleśnikowe. Do masy dodajemy startą marchewkę i łyżkę oleju (nie trzeba później już go używać przy smażeniu), mieszamy. Na rozgrzanej patelni smażymy średniej wielkości placki, dobrze jest rozsmarować równomiernie marchewkę, żeby placki miały lepszy kształt i łatwiej się przewracały.
Zjadłam rozanielona z jogurtem naturalnym i dżemem mirabelkowym z cynamonem i goździkami, handmade by my mum :)
Nie dodaję zdjęcia, bo byłam zbyt zajęta jedzeniem żeby iść po aparat. Wstawię za to piosenkę, równie optymistyczną jak pomarańczowy kolor marchewy :)
Później poczytałam trochę więcej o cukrze i jego wpływie na organizm, no i przestraszyłam się jeszcze bardziej. Cukier nie dość, że nic w sobie nie ma, to jeszcze "wypłukuje" dobre składniki odżywcze!
Wtedy powiedziałam sobie STOP. Wóz albo przewóz. Okej, przyjemnie jest zjeść coś słodkiego, ale to przyjemność taka sama jak z paleniem papierosów... I nie ma sensu uzależniać (ha, no właśnie, cukier uzależnia!) swojego samopoczucia od żadnej substancji.
Od tamtego dnia minęły już prawie 3 tygodnie. I o dziwo, nie ciągnie mnie do słodyczy. Przyznaję, na razie nie jestem totalnie rygorystyczna, pozostawiłam sobie możliwość jedzenia dżemów i picia napojów kawowych z automatu. Ale oprócz tego nic, serio. I będzie jeszcze lepiej!
Tymczasowo więc, w okresie przejściowym, szukam słodkich smaków pochodzących z innych źródeł niż sacharoza czy te wszystkie syropy glukozowo-fruktozowe. Moim odkryciem okazała się marchewka - smaczna, zdrowa, no i tania ;) A z dodatkiem przyprawy piernikowej - wręcz cudowna!
--------------piernikowe placuszki marchewkowe-----------------------
1 duża marchewka
1 jajko
pół kubka mleka
pół kubka mąki wymieszanej pół na pół z mielonymi orzechami laskowymi
przyprawa do piernika
łyżka oleju
Z mąki, jajka i mleka robimy ciasto naleśnikowe. Do masy dodajemy startą marchewkę i łyżkę oleju (nie trzeba później już go używać przy smażeniu), mieszamy. Na rozgrzanej patelni smażymy średniej wielkości placki, dobrze jest rozsmarować równomiernie marchewkę, żeby placki miały lepszy kształt i łatwiej się przewracały.
Zjadłam rozanielona z jogurtem naturalnym i dżemem mirabelkowym z cynamonem i goździkami, handmade by my mum :)
Nie dodaję zdjęcia, bo byłam zbyt zajęta jedzeniem żeby iść po aparat. Wstawię za to piosenkę, równie optymistyczną jak pomarańczowy kolor marchewy :)
Etykiety:
comfort food,
obiad,
placuszki
niedziela, 20 listopada 2011
zupa regeneracyjna
Niestety, czasem zaimprezuje się trochę bardziej niż powinno. Oprócz solennego postanowienia "nigdy więcej" chciałam dzisiaj zjeść coś pełnowartościowego (żeby odzyskać składniki odżywcze które niecnie wypłukałam), lekkiego, ale jednocześnie w stylu comfort food, ciepłego i niekłopotliwego w przygotowaniu.
Bazując na tych założeniach ugotowałam prostą marchwianko-ryżankę i muszę powiedzieć, że po zjedzeniu czuję się lepiej :)
------------ marchwianko-ryżanka regeneracyjna -----------------
2 marchewki
ziemniak
pół cebuli
50g ryżu
kostka bulionowa (wahałam się czy dodać, ostatecznie tym razem jeszcze skorzystałam)
zielona pietruszka (niestety miałam tylko suszoną)
Kroimy ziemniaka i cebulę w kostkę, marchewki trzemy na tarce. W międzyczasie doprowadzamy do wrzątku ok. 750 ml wody. Wsypujemy ryż i pozostałe składniki. Gotujemy ok. 25 min. Zupę na talerzu posypujemy natką. Wychodzą z tego 2 talerze (duże) zupy.
Swoją drogą, ta zupa może mieć masę wariantów - w Polsce pewnie zrobiłabym ją z włoszczyzną, ale z niewiadomych względów w Szwajcarii jej tacka kosztuje astronomiczne 4-5 chf (15-18 zł).
Bazując na tych założeniach ugotowałam prostą marchwianko-ryżankę i muszę powiedzieć, że po zjedzeniu czuję się lepiej :)
------------ marchwianko-ryżanka regeneracyjna -----------------
2 marchewki
ziemniak
pół cebuli
50g ryżu
kostka bulionowa (wahałam się czy dodać, ostatecznie tym razem jeszcze skorzystałam)
zielona pietruszka (niestety miałam tylko suszoną)
Kroimy ziemniaka i cebulę w kostkę, marchewki trzemy na tarce. W międzyczasie doprowadzamy do wrzątku ok. 750 ml wody. Wsypujemy ryż i pozostałe składniki. Gotujemy ok. 25 min. Zupę na talerzu posypujemy natką. Wychodzą z tego 2 talerze (duże) zupy.
Swoją drogą, ta zupa może mieć masę wariantów - w Polsce pewnie zrobiłabym ją z włoszczyzną, ale z niewiadomych względów w Szwajcarii jej tacka kosztuje astronomiczne 4-5 chf (15-18 zł).
Etykiety:
comfort food,
obiad,
wegańskie,
zupy
sobota, 19 listopada 2011
powrót z nowym podejściem :)
Po przerwie trwającej półtora roku (spowodowanej głównie lenistwem...) uważam, że sytuacja dojrzała do zreaktywowania bloga. Dużo się przez ten czas u mnie działo i myślę, że trochę się przez ten czas zmieniłam. Największą zmianę przyniosły jednak ostatnie miesiące spędzone na obczyźnie, w Genewie - czyli w jednym z najdroższych miast na świecie. I właśnie ten fakt solidnie przyczynił się do małej rewolucji w moim życiu. Przy absurdalnych cenach za obiad w najtańszej knajpie (co najmniej 10chf=36zł) zostałam zmuszona do gotowania. Dodatkowo, szkoda mi pieniędzy na kupowanie śmieciowego żarcia, takiego jak ciastka czy chińskie zupki. No i ,last but not least kawałek mięsa kosztuje tutaj więcej niż sukienka z H&Mu!
Nie mogę powiedzieć, że stałam się totalną wegetarianką - ciągle jem ryby, zdarzyło mi się też zjeść kurczaka (myślę że ok. 5 razy przez 2 miesiące). Ale nigdy w życiu nie gotowałam i jadłam tak zdrowo jak teraz. Moje zakupy to głównie warzywa i owoce, codziennie jadam jakieś strączki, ziarna i orzechy. Stawiam na jakość, a nie na ilość.
Tak więc: skoro muszę się nieźle napracować żeby dobrze zjeść, chciałabym jakoś utrwalić swoje doświadczenia kulinarne.
Dzisiaj bez zdjęcia, ale jest to zacny przepis :) (proporcje niestety trzeba dobrać na oko, ale ogólnie chodzi o to, żeby konsystencja pozwalała na formowanie burgerów)
----- ciecierzycowe burgery ------
szklanka (przed namoczeniem i ugotowaniem)ciecierzycy
cebula
oliwa
jajko
płatki owsiane
mąka
sezam
przyprawy (np. do pieczonego kurczaka ;) ), sól
Dzień wcześniej namaczamy ciecierzycę, następnego dnia gotujemy w tej samej wodzie do miękkości (prawdopodobnie będzie trzeba dolać trochę wody), gdy ostygnie wrzucamy do miski, dodajemy posiekaną cebulę i jajko, wlewamy z 2 łyżki wody. Dodajemy przyprawy, mieszamy wszystko. Blendujemy (uwaga po pryska na boki!). Do masy dodajemy płatki owsiane i mąkę. Formujemy burgery i obtaczamy w mące i sezamie. Rozgrzzewamy na patelni oliwę. Smażymy aż staną się złociste. Jemy.
Burgerów starczy na parę porcji, ja zamrażam resztę i parę dni później mam szybki&pyszny obiad ;)
Polecam z pieczonymi ziemniakami (umyte ziemniaki kroimy w ósemki, posypujemy przyprawami (np. papryka, rozmaryn), polewamy oliwą, mieszamy tak by ziemniaki były równo obtoczone, pieczemy ok 30 min. w temperaturze ok 190 stopni), sosem jogurtowo-czosnkowym i sałatką.
Nie mogę powiedzieć, że stałam się totalną wegetarianką - ciągle jem ryby, zdarzyło mi się też zjeść kurczaka (myślę że ok. 5 razy przez 2 miesiące). Ale nigdy w życiu nie gotowałam i jadłam tak zdrowo jak teraz. Moje zakupy to głównie warzywa i owoce, codziennie jadam jakieś strączki, ziarna i orzechy. Stawiam na jakość, a nie na ilość.
Tak więc: skoro muszę się nieźle napracować żeby dobrze zjeść, chciałabym jakoś utrwalić swoje doświadczenia kulinarne.
Dzisiaj bez zdjęcia, ale jest to zacny przepis :) (proporcje niestety trzeba dobrać na oko, ale ogólnie chodzi o to, żeby konsystencja pozwalała na formowanie burgerów)
----- ciecierzycowe burgery ------
szklanka (przed namoczeniem i ugotowaniem)ciecierzycy
cebula
oliwa
jajko
płatki owsiane
mąka
sezam
przyprawy (np. do pieczonego kurczaka ;) ), sól
Dzień wcześniej namaczamy ciecierzycę, następnego dnia gotujemy w tej samej wodzie do miękkości (prawdopodobnie będzie trzeba dolać trochę wody), gdy ostygnie wrzucamy do miski, dodajemy posiekaną cebulę i jajko, wlewamy z 2 łyżki wody. Dodajemy przyprawy, mieszamy wszystko. Blendujemy (uwaga po pryska na boki!). Do masy dodajemy płatki owsiane i mąkę. Formujemy burgery i obtaczamy w mące i sezamie. Rozgrzzewamy na patelni oliwę. Smażymy aż staną się złociste. Jemy.
Burgerów starczy na parę porcji, ja zamrażam resztę i parę dni później mam szybki&pyszny obiad ;)
Polecam z pieczonymi ziemniakami (umyte ziemniaki kroimy w ósemki, posypujemy przyprawami (np. papryka, rozmaryn), polewamy oliwą, mieszamy tak by ziemniaki były równo obtoczone, pieczemy ok 30 min. w temperaturze ok 190 stopni), sosem jogurtowo-czosnkowym i sałatką.
Etykiety:
ciecierzyca,
obiad
Subskrybuj:
Posty (Atom)






